A A+ A++

Flying Wild Hog w zeszłym roku zaskoczyło ujawniając nowy projekt, który z miejsca trafił w serca fanów twórczości Akiry Kurosawy. Deweloperzy za sprawą pomysłu Leonarda Menchiariego zrealizowali historię samuraja, na którą patrzy się z dużą przyjemnością. Jaki jest jednak Trek to Yomi i czy warto zainteresować się grą? Przeczytajcie naszą recenzję.

Flying Wild Hog jeszcze do niedawna było znane głównie ze strzelanki Hard Reset i serii Shadow Warrior, ale w ostatnich latach deweloperzy przeszli wielkie zmiany. Warszawskie studio otworzyło kolejne oddziały w Krakowie oraz Rzeszowie, zostało przejęte przez Supernova Capital, by w ostateczności trafić w łapy szwedzkiego holdingu Embracer Group – sprawami rodzimego studia zajmuje się Koch Media.

Wspominam o tym nie bez powodu, ponieważ deweloperzy na przestrzeni dekady znacząco rozwinęli swoje struktury i mogą teraz realizować produkcje, o których mówi cały świat i są one wyczekiwane przez graczy z każdego kontynentu. Właśnie takim tytułem jest Trek to Yomi, bo właśnie o tej pozycji w ostatnich dniach było niezwykle głośno – każdy kolejny materiał wydany przez Polaków zbudzał bardzo pozytywne reakcje. Twórcy za sprawą pomysłu Leonarda Menchiariego zrealizowali grę-wizytówkę i w znakomity sposób udowadniają, że w naszej branży wciąż niezwykle istotny jest pomysł.

Trek to Yomi urzeka w każdej scenie

Często w recenzjach gier skupiam się na początku na historii, ale w Trek to Yomi wydarzenia odgrywają drugą rolę. Tutaj zdecydowanie ważniejsza jest sfera wizualna, ponieważ gra rzeszowskiego studia urzeka na dosłownie każdym kroku. Deweloperzy inspirowali się filmami z lat 50. i 60., więc cała opowieść została przedstawiona w czarno-białych barwach, czym twórcy w dosłownie każdym miejscu dobrze się bawią. Gracz ma okazję przedzierać się przez liczne wioski, wpada do lasu, odwiedza pokoje, przechodzi pomiędzy budynkami i na każdym kroku gra światła robi piorunujące wrażenie. Twórcy w wielu miejscach ustawiają protagonistę w specjalnym miejscu, by bardzo dobrze uwypuklić różne elementy otoczenia i przykładowo kilkukrotnie samuraj ma okazję chwytać za katanę na dachach budynków, gdzie księżyc oświetla postacie – wygląda to wprost fantastycznie.

Recenzowany Trek to Yomi potrafi naprawdę mocno przykuć do ekranu właśnie za sprawą wizji artystycznej, która jak wiadomo nie jest niczym zaskakującym, jednak entuzjaści dzieł Akiry Kurosawy będą z błogim uśmiechem na ustach przedzierać się przez kolejne tereny, by móc doświadczać lokacji – czy to wioski niszczonej pożarem czy też efektownych pomieszczeń japońskich domów. Tytuł opracowany przez Flying Wild Hog to jedna z tych produkcji, którą wielu graczy będzie chciało ukończyć właśnie za sprawą świata przedstawionego. Deweloperzy odrobili zadanie domowe dbając o drobne szczegóły pomieszczeń czy też samych miejscówek.

Dobrze klimat buduje również dźwięk – systematycznie jesteśmy karmieni spokojną muzyką, która zachęca do pchnięcia fabuły, a deweloperzy zadbali także o ciekawą obsadę aktorów, by od początku do końca gracze słyszeli japońskie głosy. Masayuki Katou (Naruto: Shippuden, Sword Art Online), Sarah Emi Bridcutt (The Rising of the Shield Hero), Akio Otsuka (Ghost in the Shell, Paprika) oraz Hiroshi Shirokuma (Naruto, One Piece) wcielili się w głównych bohaterów i w bardzo dobry sposób nadają grze odpowiedniej atmosfery. Tytuł oferuje polskie napisy, jednak na szczęście tym razem nikt nie zdecydował się na niepotrzebny dubbing.

Trek to Yomi proponuje prostą opowieść o zemście

Trek to Yomi - recenzja gry - główny bohater

Recenzowany Trek to Yomi nie wychodzi przed szereg oferując kolejną produkcję, w której historia jest w pewien sposób wyłącznie dodatkiem. Od pierwszej sceny gracze mogą przewidzieć, jak zakończy się akcja i szczerze mówiąc w tym miejscu liczyłem na więcej. Głównym bohaterem historii jest Hiroki – sierota przygarnięty przez samuraja. Nie będzie dużym spoilerem, jeśli napiszę, że na samym początku opowieści mistrz ginie na oczach swojego ucznia, a ten obiecuje spełnić prośbę umierającego – ma strzec jego córki oraz wioski. Brzmi typowo i niestety tak jest, bo choć scenarzyści w pewnym momencie pokusili się o trochę szaleństwa, to jednak nawet w tej sytuacji nie mogę powiedzieć, by gra zapewniła historię na odpowiednio wysokim poziomie.

Akcję z Trek to Yomi można tak naprawdę podzielić na dwa duże rozdziały – w pierwszym mamy okazję spełniać wspomnianą obietnicę, a w drugiej próbujemy naprawić błąd głównego bohatera. Hiroki ma trzykrotnie okazję podjąć decyzje, które w pewien sposób wpływają na wydarzenia i pozwalają poznać cztery zakończenia, jednak przechodząc grę za pierwszym razem bez problemu będziecie wiedzieć, czego możecie spodziewać się przy przynajmniej trzech sytuacjach. Pierwsze ukończenie produkcji zajęło mi około 9 godzin, jednak czas ten można znacznie skrócić – ja wybrałem najwyższy poziom trudności (trzeci), a dodatkowy (czwarty) odblokowuje się dopiero po ukończeniu gry. Nie jestem jednak pewien, czy mam na tyle wytrwałości, by poznać całą przygodę bez choćby jednej śmierci.

Tytuł rodzimego studia jest mocno liniowy, ponieważ przez niemal całą opowieść biegniemy w jedynym możliwym kierunku – od czasu do czasu deweloperzy zapewnią alternatywną drogę, jednak są to małe skróty, które pozwalają nam wziąć udział w dodatkowej bitwie, zebrać przedmioty lub po prostu uniknąć przeciwników. To prawdopodobnie właśnie z tego powodu oraz przez bardzo przewidywalną historię, pod koniec Trek to Yomi czułem już pewne znużenie rozgrywką – gra też od pewnego momentu nie oferuje większych nowości w przypadku mechanik i dość szybko okazuje się, że w całej tej samurajskiej przygodzie zabrakło 2-3 systemów, które ubarwiłyby rozgrywkę.

W Trek to Yomi biegasz i siekasz

Trek to Yomi - recenzja gry - główny rywal

Trek to Yomi to samurajska przygoda w formie sidescrollowej gry akcji, w której wydarzenia niemal przez całą grę obserwujemy z boku. Twórcy postawili na 2,5D i choć zazwyczaj biegniemy w lewo lub prawo, to jednak od czasu do czasu rzut kamery sprawia, że bohater porusza się także w głąb ekranu. Walki jednak odbywają się zawsze, gdy przeciwnik stoi po lewej lub prawej stronie Hirokiego, a jednocześnie możemy mierzyć się z maksymalnie dwoma przeciwnikami. Następni czekają na swoją kolej – sytuacja trochę inaczej wygląda w przypadku strzelców, których jednak najlepiej atakować już na samym początku pojedynku. Na starcie bohater nie posiada specjalnie rozbudowanego arsenału, a rywalizacja skupia się głównie na wykorzystaniu dwóch ataków (lekki-szybki, mocny-wolny), ale przechodząc kolejne rozdziały otrzymujemy dostęp do kombinacji – szybko okazuje się, że warto również korzystać z rollowania, by w ekspresowym tempie dostać się do rywala, a czasami warto łączyć ataki z przykładowo biegiem lub różnymi stronami kierunku.

Zmagania w recenzowanym Trek to Yomi potrafią zachwycić, ale jednocześnie mocno frustrować, ponieważ czujemy błogą satysfakcję, gdy nasza kombinacja wyjdzie idealnie i w ciągu kilku sekund pokonamy nawet 6-7 wrogów, ale już na kolejnym ekranie możemy zostać zmiażdżeni przez dosłownie jednego wroga. Podczas gry miałem często wrażenie, że Hiroki nie zawsze idealnie wsłuchuje się w moje komendy, przez co raz mogłem bawić się starciami, a innym razem gra mnie męczyła. Deweloperzy na każdym kroku rozstawiają kapliczki, które służą za miejsce zapisu, więc podczas większych pojedynków (szczególnie pod koniec opowieści) musiałem dosłownie uczyć się na pamięć sekwencji ataków, by pozbyć się kilku wrogów – często save pojawia się po 2-3 większych bitwach, więc od początku musimy wykazać się świetnym opanowaniem postaci.

Trek to Yomi - recenzja gry - walka

W Trek to Yomi zabrakło normalnego systemu rozwoju postaci, ponieważ główny bohater nie uczy się nowych zdolności z drzewka (combosy są odblokowywane przez pchnięcie dalej fabuły), nie zdobywa punktów doświadczenia, a może tylko podnosić przedmioty, które pozwalają mu powiększać paski wytrzymałości oraz życia. Szczególnie ważny jest ten drugi, ponieważ zmęczony Hiroki staje się bardzo podatny na ataki, więc podczas walki niezbędne jest mądre zarządzanie staminą. Idealnie sprawdza się tutaj parowanie ataków, by następnie wyprowadzać śmiercionośne kontry, jednak problem pojawia się w momencie, gdy na naszych plecach znajdzie się drugi przeciwnik – protagonista może korzystać z szybkiego obrotu, jednak podczas gry bardzo dobitnie przekonałem się, że ten ruch nie zawsze dobrze działa.

Hiroki jak na samuraja przystało nie zmienia katany, ale może skorzystać z trzech broni dystansowych – najlepiej moim zdaniem sprawdza się łuk, który jest skuteczny i szybki. Podczas rozgrywki warto podnosić amunicję, ponieważ przydaje się ona szczególnie w momencie, gdy mamy resztkę życia, właśnie zakończyliśmy bój z ponad 7 rywalami, a na naszej drodze staje ostatni oponent do upragnionego zapisu. W samej opowieści nie zabrakło także bossów, ale nie stanowili oni dla mnie większego wyzwania – znacznie trudniej nauczyć się ruchów i zachowań niektórych normalnych wrogów. Twórcy przygotowali duży zestaw zróżnicowanych rywali – od zwykłych bandytów, po doświadczonych generałów, oponentów związanych z pewną magią czy też bardziej żywe bestie. Tak jak jednak wspomniałem – głównie starcia w Trek to Yomi odbywają się na zasadach 1 vs. 2, ale na swoją kolej może czekać nawet 5-6 wrogów, więc podczas rozgrywki niezbędne jest bardzo dobre zarządzanie staminą i poznanie przeciwników – warto w pierwszej kolejności atakować odpowiednich rywali.

Trek to Yomi to uczta dla fanów Akiry Kurosawy

Po ukończeniu Trek to Yomi poczułem dużą satysfakcję. Flying Wild Hog zadbało o przyjemną niespodziankę, bo choć w pewnym momencie grze brakuje większej różnorodności, a niektóre starcia mogą frustrować, to jednak… Polacy widowiskowy świat ubrali w przyzwoity gameplay, a na całość dorzucili przewidywalną opowieść, która jednak nie przeszkadza i pozwala doświadczyć japońskiej atmosfery..

Oryginalne źródło: ZOBACZ
0
Udostępnij na fb
Udostępnij na twitter
Udostępnij na WhatsApp

Oryginalne źródło ZOBACZ

Subskrybuj
Powiadom o

Dodaj kanał RSS

Musisz być zalogowanym aby zaproponować nowy kanal RSS

Dodaj kanał RSS
0 komentarzy
Informacje zwrotne w treści
Wyświetl wszystkie komentarze
Poprzedni artykułTąpnięcie na rynku diesli. Przyspiesza elektryfikacja w UE. Polska z tyłu
Następny artykułPsycholożka mówi wprost. Zdiagnozowała Amber i wie, co jej jest